szafiarka-dyletantka blog

Twój nowy blog

Update! :)

Brak komentarzy

Coś mnie napadło i przenoszę się na wordpress. Mój nowy adres:
http://wardrobefrenzy.wordpress.com
. Bardzo bardzo proszę wszystkich, którzy mają mnie w linkach, o uaktualnienie ich! Thank you from the mountain! :D

Wczorajszy koncert w rzeszowskiej filharmonii zatytułowany był „Cesarski bal…” i grano na nim walce Straussa (jednego i drugiego, czyli ojca i syna :), do tego na ekranie wyświetlano slajdy z obrazkami ślicznie poubieranych, tańcujących par oraz portret Franza Josefa, a na kawałeczku wolnej przestrzeni, jaka powstała po tym, jak orkiestrę maksymalnie wepchnięto w głąb sali, walcowały sobie cztery pary z rzeszowskiej szkoły tańca. To mi dzisiaj też zamarzyły się klimaty retro, a ponieważ jest zimno i pada śnieg, wyciągnęłam z szafy starą, futrzaną czapę po babci – a naturalnie następujący ciąg skojarzeniowy doprowadził mnie właśnie do rosyjskiej zimy:) niestety w tym moim dzisiejszym ubiorze czapa to jedyny element, który naprawdę może kojarzyć się z ostrą zimą w carskiej Rosji – jedyna moja dłuższa niż w kolanko, a szeroka spódnica jest jaskrawoniebieska (czyli coś mi tu nie pasowało…), więc w końcu założyłam tę brązową, którą mam na sobie, natomiast płaszczyk zajeżdża klimatami chyba bardziej oficerskimi niż retro. Ehh, przynajmniej mam wysokie buty! ;p btw, żeby było do kompletu, powinnam chyba kupić sobie jeszcze bawarski dirndl i poudawać Niemkę *lol*

Nie wiem, czy spodziewać się zarzutów o tym, że czapka jest z prawdziwego futra, czy nie… w każdym razie zwierzątku, z którego ją zrobiono, i tak już życia nie zwrócę, a mieć TAKĄ czapkę w szafie i jej nie nosić, to chyba zakrawa trochę na hipokryzję ;p zdjęcia robione znowu na tle różnych zakamarków łańcuckiego zamku (tam jest właściwie dużo prościej, bo u mnie w domu nie ma chyba ani jednej wolnej ORAZ dobrze oświetlonej ściany…), te dziwne olbrzymie rośliny widoczne przez szybę na trzecim zdjęciu to oranżeria, a to dziwne czarne pudełko zwisające mi z ramienia, widoczne również na trzecim zdjęciu, to futerał na skrzypce (ze skrzypcami w środku), podstawowe akcesorium stylistyczne skrzypaczek *lol* :)

Trying to look retro :) 

 

płaszcz, Promod
spódnica (ze ślicznego, czekoladowego, drobno prążkowanego sztruksu, czego na zdjęciu niestety nie widać… ;p), Zara
buty, nieśmiertelne Martensy
rękawiczki, chyba Reserved ;p
futrzana czapa – po babci

Grudzień – kolejny miesiąc, który nie zapisał się mi w archiwum… ;p przez pierwsze dwa tygodnie byłam strasznie zajęta i wrzucałam na siebie co popadnie, a przez drugie dwa cieszyłam się „urlopem” i w sumie spędzając Święta w domu, nie miałam gdzie się stroić:) Dzisiaj postanowiłam za to nadrobić szafiarskie zaległości i korzystając z tego, że w ramach walki z lenistwem i sybarytyczną dekadencją moja mama zarządziła spacer po parku, urządziłam sobie mini photo shoot:)

Park otaczający łańcucki zamek jest naprawdę bardzo śliczny (chociaż najefektowniej prezentuje się chyba w lipcu, kiedy w tutejszej szkole muzycznej organizowane są kursy mistrzowskie i cała przyjezdna młodzież wysypuje się na parkowe trawniki, żeby ćwiczyć – przechadzasz się po parku i co krok spotykasz a to prześliczną wiolonczelistkę, a to przystojnego skrzypka, którzy z zapałem rżną w parku od rana do nocy:D). Te zdjęcia, które tu mam, zostały zrobione na tle drzwi wejściowych do zamkowej biblioteki i koło kortów tenisowych (na których wychowało się kilka pokoleń tenisistów, od Potockich aż… po mnie:D, a otoczone są takim o… parkanem (kto mi wymyśli ładniejsze i bardziej odpowiednie słowo? ;p), który w lecie wygląda o tyle ładniej, że cały jest zarośnięty różanymi krzewami i innymi takimi:) Spłodziwszy całą tę kryptoreklamę łańcuckiego zamku, mogę spokojnie wklejać zdjęcia! ;DD

in a pensive mood...

płaszczyk – Zara, ale kupiony dobrych parę sezonów temu:)
dzianinowa ”sukienka” – Reserved
dżinsy – Benetton
buty – Doc Martens – to ich debiut na blogu, ale tak naprawdę noszę je systematycznie, czyli prawie codziennie, w sezonie zimowym od trzech lat ;p
czapa – H&M
rękawiczki – mamine z późnego okresu gierkowskiego :)

Tytuł stąd, że zdjęcie oczywiście jest za jasne, bo ze mnie i z osób, które wykorzystuję do robienia zdjęć, są straszne amatory, jeśli chodzi o fotografię, a i aparat mam nie za dobry, więc potem próbuję robić różne dziwne rzeczy ze zdjęciami, żeby cośkolwiek było tam widać… no i takie są skutki;p

Nosiłam się z myślą zrobienia sobie zdjęcia w długości mini… i nosiłam się, i nosiłam, aż w końcu zrobiło się na mini za zimno, więc dzisiaj kontynuujemy dalej (xD) cykl spódnicowy. Tę kieckę, którą dzisiaj mam na sobie, kupiłam jeszcze na wakacjach w H&Mie. Bardzo mi się spodobała, ale do tej pory siedziała sobie nietykana w szafie, bo nie miałam pojęcia, co można do niej włożyć. Moja szafa niestety nie obfituje w eleganckie retro-bluzeczki, mam za to masę wszelakiej maści podkoszulków, ale taka spódnica niekoniecznie dobrze wygląda z t-shirtem. W każdym razie prawie o tej mojej spódnicy zapomniałam, aż tu kiedyś weszłam na tego bloga i zobaczyłam to. Norrmalnie moja spódnica na kimś innym! To zdjęcie zmobilizowało mnie do rozpoczęcia poszukiwań w mojej szafie i w końcu wygrzebałam jedną z niewielu chyba koszulek, które dobrze wyglądają z tą spódnicą. Niestety jest czarna, więc chyba nie za dobrze widać, gdzie spódnica  się zaczyna… no w każdym razie już wiem, czego brakuje w mojej garderobie;p (ładnej bluzki!)

mehr Licht!:)

i jeszcze zdjęcie bucików z bliska, bo biedaki coś nieszczególnie wychodzą na zdjęciach.
shoes - detail shot 

koszulka, Troll, ale kupiona wieki temu
spódnica, h&m
rajtki, już nie pamiętam skąd… ;p
buty, venezia

PS Niedawno odkryłam, że komentarzy przybywa nie tylko pod ostatnią notką!;p dziękuję w każdym razie wszystkim za miłe bądź też konstruktywne wpisy, z miłym zaskoczeniem odkryłam, że wchodzą tu też przedstawiciele płci męskiej;) (—> do J.: dzięki za długi i miły komentarz, nie zostawiłeś adresu stronki ani mejla, więc nie mogę się zrewanżować, więc troszkę mi smutno, więc piszę tutaj!;p pozdrawiam również serdecznie!:)

Dzisiaj w roli głównej występuje spódnica, którą mój tata przywiózł mamie z wyprawy do Anglii jakieś (chyba?) dwadzieścia lat temu. Spódnica jest super, bo się w ogóle nie mnie (hehe, funkcjonalność górą… a tak poważnie, to zawsze szlag mię troszkę trafia, kiedy przed wyjściem spędzam pół godziny na prasowaniu spódnicy, która potem i tak potem zdąży sto pięćdziesiąt osiem razy mi się pomiąć w drodze do szkoły, np. w autobusie…), a jednocześnie nie jest z jakiegoś nieprzyjemnego syntetyku – wydaje mi się, że to jakaś mieszanka wełny z czymśtam. Przy czym jest dość w moim guście, bo tak jak Królowa Polskich Szaf, Ryfka I (:), zawsze marzyłam o mundurku szkolnym z prawdziwego zdarzenia – granatowe marynarki, spódniczki, sweterki w serek itd. Spódnica, czego może dokładnie nie widać na zdjęciu, jest jak najbardziej granatowa:)

a cross between folk and nerdy:)

spódnica, przywieziona z Anglii
t-shirt, jakiś stary… ;p
chustka, h&m
buty, venezia

Sukienka należy do mamy, która zakupiła ją w czasach głębokiego PRLu, jest chyba z lnu, jakoś dziwnie splecionego, ale najlepsze w niej jest to, że została wyprodukowana przez kultową Modę Polską:D i tak jest, byłam na tyle odważna, żeby wyjść w niej z domu xD natomiast mama ma jeszcze parę fajnych sukienek, które nieco lepiej na mnie leżą, ale są z jedwabiu, a sezon na jedwab się chyba niestety już skończył ;(

and yet another w_r photo

Sukienka ma ciekawie uszyte rękawy, i dobrze je chyba widać na tym oto zdjęciu, na którym mam minę, jakbym była obrażona na świat cały:

detail shot - sleeves

no więc sukienka: Moda Polska xD

A właściwie przepraszam za to, że zaraz po rozpoczęciu swojej szafiarsko – blogowej działalności znikam na dwa miesiące. Po prostu zaczęłam tutaj pisać w momencie, kiedy miałam masę spraw na głowie, w tym jedną bardzo ważną, i musiałam się w końcu na niej skupić, natomiast teraz wreszcie mam trochę więcej czasu i postaram się tu coś szkrabać regularnie.

Do serca wzięłam sobie uwagi na temat długości sukienki z poprzedniego posta, i chociaż nie odważę się jej skrócić (wedle angielskiej zasady „if it works, don’t fix it”), zaopatrzyłam się za to w sukieneczkę z Zary (chyba pierwszy raz udało mi się trafić na wyprzedaż i upolować coś fajnego) o długości dobrze przed kolanko. Ale dzisiaj akurat zdjęcia sukieneczki nie będzie, za to będzie kolejny klasyczny, czyli zachowawczy, „zestaw”.

Od niedawna regularnie obchodzę niektóre sklepy w poszukiwaniu ciemnej, długiej do kostek, eleganckiej sukienki i nigdzie nic, ale to nic nie mogę znaleźć. Zacznijmy od tego, że w większości sklepów królują sukienki w kolanko (a mi absolutnie trzeba długiej). Jak już upoluję gdzieś długą, to przeważnie mi się nie podoba. Najchętniej widziałabym się w sukience o kroju empire, i ze względu na moją figurę, i na upodobania (literackie – przepadam za książkami Jane Austen ;pp), ale takich to już w ogóle jak na lekarstwo. Taką, która mi się spodobała, widziałam 1, słownie, JEDNĄ, w rozmiarze 46 (czyli troszkę jakby za duża…). No ale w tych poszukiwaniach sukienkowych zaczęłam też zaglądać do droższych sklepów, takich, które normalnie nie należą do mojego zakupowego rewiru, i… na nieszczęście spodobała mi się spódnica.

Jestem osobą, którą bardzo łatwo można wziąć na lep „jakości”. Tzn. lubię dobre materiały, ładne kroje, staranne szycie (hehe…. i przestronne przymierzalnie… ;ppp) i jestem gotowa dać za to trochę więcej kasy, jeśli rzeczywiście coś mi się strasznie podoba i ładnie leży. Ale oczywiście wpojono mi tzw. galicyjską oszczędność, i nie za bardzo podoba mi się myśl, że miałabym wydać dużo kasy na taką rzecz jak ciuch! (nie chodzi nawet o samą kasę, tylko o to, na co ja ją wydaję. Na ciuchy? helooooł….) więc jeśli spodoba mi się jakaś droga rzecz, to chodzę koło niej, krążę, zastanawiam się, najczęściej tak długo, dopóki dana rzecz nie zniknie z horyzontu, nabyta przez kogoś innego. No ale tym razem nie wytrzymałam i pękłam już po drugiej przymiarce. Spódnica (BGN)świetnie leży, jest bardzo ładnie uszyta, i chciałam sobie taką kupić już od dawna. Tylko chyba ‚the photo doesn’t do it justice’ ;)

Aha, dodam jeszcze, że dziękuję Wam za wszystkie miłe komentarze, i nie spodziewałam się ich zastać tutaj aż tyle ;D co by to było, gdybym zostawiła bloga odłogiem np. na pół roku… :DD
I dodam jeszcze jedno, na zarzut jednej z blogerek o noszeniu naturalnej skóry mogę odpowiedzieć, że po pierwsze, ta torba nie jest z prawdziwej skóry (w sumie kupując ją, nie myślałam tym, co nie świadczy na moją korzyść, ale po późniejszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że prawdziwa skóra to raczej nie jest), a po drugie, los tych wszystkich biednych zwierząt też nie jest mi obojętny, więc po prostu prawie w ogóle nie jem mięsa (niestety w tym też nie ma mojej jakiejś strasznej zasługi i silnej woli, bo za mięsem i tak nie przepadam i mogłabym żyć na roślinkach. No ale współczucia nie jestem pozbawiona, takie procedery jak np. stłaczanie kurczaków w tych olbrzymich halach produkcyjnych mnie przerażają i uważam za bezmyślność wtrajanie mięsa trzy razy dziennie.) A poza tym chciałam się Was zapytać, bo sama nie wiem, czy jeśli takie zwierzę jest zabijane „na skórę”, to czy potem to, co z niego zostanie, normalnie wędruje do rzeźni? jeśli jest to na przykład baran? (ostatnio w Promodzie widziałam kurtkę ze skóry baraniej chyba właśnie. Nie, nie kupiłam jej:p i przepraszam, że poruszam tutaj takie drastyczne tematy!)

w_r

w_r

w_r 

koszulka – podkradziona mamie
spódnica – BGN
buty – ecco
torebka – mango (jedna z nielicznych rzeczy, które udało mi się upolować na wyprzedaży, właściwie mogłam jej zrobić zdjęcie z bliska, bo jest dość ładnie zrobiona :)
jedwabna chustka – jakiś india shop w Warszawie, rajtki – mam od dawna… ;p
bluzo-kurtka – h&m (właściwie, czego dokładnie na zdjęciu nie widać, jest czarna, a nie brązowa ;)
czapeczka – tani sklepik w moim miasteczku xD

Wygrzebałam z szafy mamy śliczną (dwudziestoletnią!;) jedwabną sukienkę i miałam ją dzisiaj na siebie włożyć, po czym się obfotografować, ale nie wyszło – w tak zwanym międzyczasie musiałam skoczyć z mamą do miasta i zupełnie przypadkiem weszłam do jakiegoś małego sklepiku w moim małym miasteczku, gdzie zupełnie przypadkiem natrafiłam na wieszaku na całkiem niezłą sukienkę, którą w konsekwencji zakupiłam i dzisiaj założyłam. Sukienka jest jakiejś firmy, która się nazywa ModernLine, i o której słyszałam pierwszy raz w życiu (rozmowny sprzedawca z małego sklepiku twierdził z dumą, że to markowe :D), ale (co mnie zaskoczyło, bo jest we mnie coś ze snoba i nie spodziewam się po ciuchach z małych sklepików w małych miasteczkach dobrej jakości) jest bardzo porządnie i z fajnego materiału uszyta. (Niestety moje wysokie oczekiwania co do jakości względem markowych ciuchów często pozostają niespełnione. ;p) Tak właściwie, czego dokładnie na zdjęciu nie widać, to sukienka jest bez rękawów, ale dzisiaj wiaterek powiewa (oj, kończą się nam wakacje…), więc pod spód założyłam czarną bluzkę z rękawami do łokcia. Czuję się w tym stroiku jak troszkę a’la lata 60-te, a jeśli Wam się tak nie kojarzy, to nie wyprowadzajcie mnie z błędu… :D oprócz tego na zdjęciu znów widać maziaki na moim lustrze. Które na pewno kiedyś usunę :D


w_r 

sukienka – ModernLine (?:p)
bluzka – Vila (że ten to chyba jest VeroModa ;p)
buty – Ecco

***

11 komentarzy

Prowadząc tego bloga, mam aspirację dołączyć do elitarnego grona szafiarek, jak można się domyślić po moim nicku ;) po nicku można się domyślić jeszcze innej rzeczy, a mianowicie tej, że jeśli chodzi o moje podejście do zakupów, jest ono niestety całkowicie nieprofesjonalne. Po sklepach chodzę bardzo rzadko, najczęściej w poszukiwaniu konkretnej rzeczy (której nigdy nie udaje mi się znaleźć), od czasu do czasu robię shopping spree, które polega na tym, że wydaję pieniądze na ciuchy z nowych kolekcji, które prawdopodobnie za pół roku kosztować będą dwa razy mniej, a do szmateksów nie zaglądam prawie w ogóle. Biję się w piersi, mea culpa, mea culpa! (to przeze mnie zgniła pulpa :) Pomimo tego (to? :o) jak (prawie) każda dziewczyna lubię ładnie się ubrać, i zazdrość mię zżera na widok zdobyczy, czasem rzeczywiście rewelacyjnych, które nasze polskie szafiarki wynajdują na allegro, ebayu i w lumpeksach. Postanowiłam więc założyć „ciuchowego” bloga i od czasu do czasu wrzucać tu sobie zdjęcie, jeśli akurat wydaje mi się, że dobrze wyglądam – bo czemu nie? :)

Ostatnio miałam trochę czasu pomiędzy jednym a drugim pociągiem w Krakowie, wybrałam się więc na zakupy do Galerii Krakowskiej. Miałam zamiar znalezienia jakichś ładnych butów – doprawdy, było mi obojętne jakich, ponieważ obecnie posiadam 3, słownie trzy, pary butów zdatnych du użytku na codzień, a mianowicie: rzymianki (już z niewielką dziurą w podeszwie), adidasy i martensy. Z takim zestawem w lecie daleko się nie zajedzie, a mi od dawna marzyły się jakieś ładne, eleganckie sandałki. Oczywiście w całej galerii nie znalazłam nic, co by mi się podobało, natomiast zrujnowałam się na dwa ciuchy z nowej, zimowej kolekcji H&M. Im zrobię zdjęcie, kiedy będzie trochę zimniej, bo spódnica jest z wełny, a bluza z jakiejś dziwnej, grubej mieszanki, natomiast na zdjęciu poniżej prezentuję inny nowy nabytek, t.j. torbę z Zary. Od dawna miałam ochotę na dużą skórzaną torbę – powoli dobijam do dwudziestki i wypada wreszcie zacząć nosić się trochę poważniej, szczególnie z moją dziewczęcą, żeby nie powiedzieć dziecinną, urodą ;) poza tym na zdjęciu oprócz spektakularnie brudnego lustra widać moją jeszcze nowszą zdobycz, która już zdążyła mi poharatać stopy, mianowicie buciki z Ecco – po nieudanym polowaniu w Krakowie wróciłam do domu, zaszalałam i kupiłam w tej drogiej a porządnej firmie parę butów z czarnej, lakierowanej skóry, na obcasie, a własciwie koturnie, który jest akurat na tyle wysoki, żebym z niego nie spadła :) (żywię niechęć do do butów na wysokich obcasach, bo nie miałam jeszcze do czynienia z takimi, w których bym potrafiła wytrzymać dłużej niż pół godziny – mam chyba wyjątkowo wrażliwe stopy). W każdym razie buciki poza paroma otarciami nie wyrządziły moim stopom większej krzywdy, jestem więc z nich zadowolona :)

hello again wardrobe remixers

a tu torba z bliska:
bag detail


  • RSS